Jump to content

ramblerPL

Alpha Tester
  • Content Сount

    22
  • Joined

  • Last visited

  • Battles

    877

1 Follower

About ramblerPL

  • Rank
    Able Seaman
  • Insignia
  1. ramblerPL

    0.5.1.3 - dyskusja ogólna

    Ja mam pytanie. Czy jakieś jednostki zostały znerfione w tej aktualizacji?
  2. ramblerPL

    0.5.1.3 - dyskusja ogólna

    No dobra, a czemu właśnie w tej chwili serwer nie działa? eDIT: JUŻ DZIAŁO
  3. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    Doskonale zatrybiłem, tylko forum łączy cytowany tekst w jedną ramkę. Odpowiadałem na to, co pisałeś do mnie. Tak a propos trybienia.
  4. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    stary czytaj wszystko. pod spodem napisane jest "a tak na serio..." i zrozum to, co przeczytałeś gratulacje niemniej jednak
  5. ramblerPL

    PENSACOLA - co z nim jest nie tak?!

    Trollujesz, czy jesteś po prostu głupi? Po co piszesz cokolwiek, jak nie masz nic do powiedzenia. W kolejnym temacie widzę, że piszesz tylko dla samego pisania i wymądrzania się. Dyskusja tyczyła się czegoś innego i zeszła dzięki takim wypowiedziom na poziom debaty politycznej. Żałuję, że cokolwiek napisałem. Następnym razem napiszę na forum anglojęzycznym, bo przynajmniej ludzie tam jakąś kurtuazję wykazują i nie odbiegają od tematu. Co mnie obchodzi, czy dla Ciebie coś jest okrętem czy statkiem! Obchodzi mnie to, że Pensacola jest źle zbalansowana. Ma o wiele gorsze średnio osiągi niż niższe tiery, a powinno być inaczej. Tego dotyczy dyskusja. Nie ma tu nic do rzeczy, czy nią umiem grać. Chociaż o tym pisałem, bo mam jej już dość. Sami macie gorsze staty na Pensacoli niż na poprzednich tierach. Owszem pojedyncza bitwa się trafi nawet mi na P. i zrobie te 70K dmg. Jak się trafi. Ale średnio to jest lipa. Wszyscy przyznają, że P. jest słabym okrętem i każdy widząc go w bitwie (nawet ja grając jakimś niższym tierem) rzuca się na niego, bo to łatwy kąsek. Jak nie potrafisz udzielić rady jak grać nim, to po co ludzi denerwujesz wypowiedziami nie na temat. Jak się nie zgadzasz, bo wg Ciebie ten statek jest warty zostawienia w niezmienionej postaci, to napisz dlaczego. A nie piszesz o czymś dla samego pisania. Z takim czymś to do sejmu. Pozdrawiam i proszę o usunięcie mojego tematu.
  6. ramblerPL

    PENSACOLA - co z nim jest nie tak?!

    Normalnie brak mi słów. Każdego słówka się potraficie czepić i zmieszać człowieka z błotem. Zero zrozumienia. Czy serio muszę napisać 10 stron a4, żebyście zrozumieli? Żadnego skrótu myślowego?
  7. ramblerPL

    PENSACOLA - co z nim jest nie tak?!

    Czytać ze zrozumieniem również można się nauczyć. Chodzi o to, że mimo, iż obydwa są wyrzucane tak samo proporcjonalnie do swojego tieru, lecz cleve robi 5 razy lepsze wyniki. I nie wiem, czy to jest kwestia nauczenia się gry tym statkiem, bo na żadnym nie mam kłopotów z przystosowaniem się. Czy to Myogi, czy nowe ruskie, czy nowe niemieckie, czy Albany, czy Hosho... na żaden nie mogę narzekać, bo jestem w stanie coś wykombinować. Nawet Mutsuki, którego nie lubię. Natomiast pensacola jest poprostu źle zbalansowana. Wystarczyłoby ciut więcej pancerza, by nie zdejmowały Cie inne staki na jedną salwę. Albo ciut więcej dmg, żebyś chociaż miał szanse się obronić, zanim uciekniesz.
  8. ramblerPL

    PENSACOLA - co z nim jest nie tak?!

    Witajcie, piszę, ponieważ mam dość gry tym statkiem. Cleveland był wspaniały. Rozwalał nawet +2 tiery jak się umiejętnie nim grało, bitwę potrafił kończy z 250 trafieniami i 4 zatopieniami i bynajmniej ni było to nic nadzwyczajnego dla tego okrętu. Natomiast Pensacola? Wyrzuca go +2 tiery, przy czym nawet "Piątki" go rozwalają na kilka salw. Jest średnio celny, zabiera niewiele HP i tak naprawdę jest najgorszym orkętem w całej grze. Moim skromnym zdaniem. Może trzeba coś z tym zrobić? Jaka jest Wasza opinia? Pozdrowienia!
  9. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    Witajcie, z wynikiem bym polemizował, gdyż były tam błędy językowe i stylistyczne... oraz hallack podpadłeś znowu największemu fanowi A tak na serio, dziękuję pokornie za wyróżnienie. Kiedy flagi pojawią się w porcie?
  10. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    Eeej ludziska wyluzujcie trochę. Ja też się niecierpliwie i zaglądam tu codziennie, ale Ci ludzie mają własne życie oprócz WoWsa. w przeciwieństwie do niektórych...
  11. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    Nom ja też. Ale póki nie widać bonusów w porcie ani menu, znaczy, że nie wygrałeś ani ja
  12. ramblerPL

    Konkurs - Dwaj Bracia - Wyniki

    nick w grze: ramblerPL nieco ponad 1000 słów Wczesnym rankiem zbliżyliśmy się od południa do Dwóch Braci. Załoga nie była szczęśliwa z tego powodu. Chociaż nikt, nawet kapitan, nie spodziewał się dzisiaj kontaktu z nieprzyjacielem to Bracia uchodzili za rejon szczególnie niebezpieczny, a lekka, poranna mgła, która okalała widoczny w oddali ląd budziła niepokój. Podchodziliśmy niespiesznie kierując się na zachodnią stronę akwenu by później skryć się pomiędzy kilkunastoma niewielkimi wysepkami. Jeszcze dwa tygodnie temu towarzyszyło nam sześć sojuszniczych okrętów. Dwa z nich straciliśmy, a pozostałe rozdzieliły się by przeczesać Wyspy Salomona. Zostaliśmy tu sami, lub w trójkę jeśli liczyć Braci. Przed południem byliśmy już dokładnie na wysokości przesmyku, który przedzielał obie główne wyspy. Zagrożenia nie było widać. Niespokojne wody między Braćmi raz po raz uderzały w ostre, sterczące skały, wzbijając wysoko w powietrze roztrzaskane fale. Przeklęte miejsce - wymamrotałem pod nosem - gdy przez głowę przebiegł mi przynajmniej tuzin bardziej dosadnych nazw, które mógłby i jak mi się wtedy wydawało, powinien nosić ten uroczy zakątek. Wpatrywałem się wodząc wzrokiem daleko, w głąb przesmyku, szukając miejsca gdzie te surowe, wyrastające z wody mury mogłyby ukryć mniejszy, wrogi okręt. Rdzawy kolor skał odbijał się w wodzie nadając jej dziwną, brunatno-bordową, niemal krwistą barwę, którą wzdłuż przecinała biała pręga. A obok niej druga. - Torpedy! - stojący przy mnie oficer ryknął głosem, który niósł po pokładzie rozkaz do gotowości zmieszany z drżącym, zakończonym wysoką nutą strachem. Obie torpedy nieuchronnie zmierzały w stronę prawej burty. Maszynownia ociężale pchała okręt na połowie mocy. Załoga na mostku przez ułamek sekundy zamarła w bezruchu patrząc po sobie. Kapitan spał. Dwaj bracia i dwie torpedy. Jedna załoga i dwie tylko myśli przeszywające umysły wszystkich na statku. Pierwsza – wątpliwość,czy przeżyjemy, druga - że lepiej byłoby teraz być w porcie, napić się kiepskiego choćby rumu i tańcować do rana po sypialni z pannami, które jakoś dziwnie gustują w pijanych marynarzach. Nie było o tym mowy. Bynajmniej nie w tej chwili. Goniły nas od sterburty dwie torpedy toczące ze swych odnóży syczące strumienie piany. Pierwszym wyrwanym z tego kilkusekundowego letargu, dla nas trwającego całą wieczność, był sternik. Odruchowo skierował dziób naszego krążownika w stronę torped. Przeszły. Jedna z przodu, jedna z tyłu. Taflę wody, lekko tylko falującą, wygładzoną flautą, przeszył grom okrzyków radości. Na chwile pokład oczyścił się z napiętej atmosfery i znów dało się poczuć woń rześkiej, morskiej wody i chmur, które zdawały się dotykać wody. Jeszcze nie opadła wrzawa radości, kiedy na twarzach załogi spoczęły ostre, zimne krople mocno słonej wody, dookoła okrętu wyrosły gejzery piany, a od dwóch braci mruczało do nas echem nieprzyjacielskiej kanonady. Gejzery wyrastały ze wszystkich stron poprzedzane cichym gwizdem wysoko kalibrowych armat jakiegoś pancernika, który gdzieś za mgłą czaił się, by nas zmiażdżyć, zapewne nie sam, bo torpedy płynęły z innego kierunku. Wyglądało na to, że wróg próbuje zamknąć nas w kleszczach. Szach mat kamraci! Gdziekolwiek się nie ruszycie – giniecie. Cała nadzieja w dowódcy, którego ze snu wyrwały ostre przechylenia okrętu, zarządzone uprzednio przez pierwszego oficera. Jeszcze nie dotarł do mostku, a już wydawał stanowcze rozkazy, które znacząco przyspieszyły ruch na pokładzie krążownika (pod pokładem zapewne też). Nawet maszynownia działała ponad swoje siły, co spowodowało, że halsowanie stało się jeszcze bardziej dla nas odczuwalne. Kapitan nie wszedł na zabudowany mostek. Popatrzył w niebo i nasłuchiwał. Warknął do sternika „prawo na burt”, wskazując kurs palcem na małą wysepkę, po czym rozkaz padł również do załogi obsługującej armaty, by mierzyć na sterburtę. Nikt początkowo nie rozumiał zamiaru dowódcy, gdyż jasne było już, że nieprzyjaciel przemieszcza się gdzieś od bakburty. Kiedy na małej wysepce zaczęliśmy dostrzegać szczegóły terenu: drzewa, bale, jakieś ptactwo, z mgły wyłoniła się mała jednostka japońska. W momencie, kiedy została dostrzeżona, padł rozkaz zwrotu na bakburtę przy maksymalnym wychyleniu koła sterowego. Geniusz, doświadczenie dowódcy, albo jedno i drugie spowodowały, że działa znalazły się w pozycji dokładnie do strzału. Okręt zadrżał. Wszystkie armaty wypluły z siebie tumany dymu i ognia niemalże jednocześnie i większość pocisków trafiła w cel. Zgrzyt blachy był tak parszywy, że od razu większość marynarzy zmrużyła oczy, a pewnie ponad połowę rozbolały zęby. Niemalże dało się czuć ból rozrywanych razem z okrętem ciał naszych wrogów, co bynajmniej nikogo nie cieszyło. Tym bardziej, że byliśmy tam sami przeciwko co najmniej dwóm jednostkom nieprzyjaciela i bardzo szybko mogliśmy podzielić los zatopionego „torpedowca”. Zwrot, strzał i przeładunek. Okręt gwałtownie ominął wysepkę, o brzeg której rozbiły się kolejne dwie torpedy, znowu przeznaczone dla nas. Torpedy, które przeżyły jednostkę przez nas zatopioną o tę jedną krótką chwilę. Wychodziliśmy zza osłony małego skrawka lądu zbliżając się od sterburty do kolejnej wysepki. Prześwit jednak, w którym się teraz znaleźliśmy odsłonił potwora, który dość niecelnie na nasze szczęście próbował nas zatopić. Był wielki. Miał ogromną cytadelę, mnóstwo armat, dziesiątki załogantów, a że był bardzo blisko dało się dostrzec ich poczynania na pokładzie. Mówią, że szczęście sprzyja lepszym. Czy byliśmy lepszymi wojownikami od przeciwnika, skoro znowu nam dopisało? To miało się okazać. Jasne było jednak, że armaty pancernika nie są jeszcze w nas wycelowane. Mierzyły już w naszym kierunku jednak trochę im brakowało, by mogły celnie wypalić i zmieść nas z tafli oceanu. Nieprzyjaciel wspomagał obrót armat, zwrotem okrętu. Nasze działa wypaliły powodując ogromy pożar na rufie kolosa, po czym poczuliśmy szarpnięcie. Nasz Cleveland skręcił w prawo. Przeszliśmy między wysepki, przechodząc na rufę wroga, co zmusiło go do dalszego manewrowania okrętem oraz jego armatami. Nasza jednostka była szybsza, a kapitan wydawał się mieć większą zdolność przewidywania ruchów przeciwnika. Wypaliliśmy znowu, kiedy ktoś zaalarmował o kolejnym torpedowcu na sterburcie. Z lewej pancernik, który po raz drugi obrywał od naszej kanonady – z prawej torpedowiec, który właśnie słał w nas wszystko, co miał: torpedy i działa. Tym razem oberwaliśmy. Dwa pociski weszły pod pokład nie powodując większych strat, jeden odbił się od topu działa, dając niemiły metaliczny jęk, który szybko zagłuszyła eksplozja naszych armat próbujących trafić wrogi pancernik. Tym razem nieskutecznie, gdyż ten chował się już nieco za drugą wysepkę. Mieliśmy więc nieco czasu na wymanewrowanie kolejnych torped. Kapitan znowu nas zaskoczył. Kazał odwrócić wszystkie działa na torpedowca, który bezczelnie podpłyną na mniej niż trzy mile oraz wykonać zwrot prosto na miejsce, gdzie schował się pancernik. Zygzakowaliśmy nieco jeszcze, by zmylić celowniczych japońskiego torpedowca. Było widać gołym okiem, jak załoga uwija się z przeładunkiem torped, dział i całą wrzawą powstałą wokół tych czynności, do których dochodziły gwałtowne manewry oraz celowanie. Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Tym razem japoński pancernik przechytrzył naszego kapitana. Chowając się za wysepką, nie opłynął jej dookoła lecz wykonał zwrot w przeciwną stronę. Działa „przerzucił” na drugą burtę i wyłonił się niecałą milę od nas. Sunął pod ostrym kontem zwrócony dziobem do nas tak, że zaglądaliśmy prosto we wszystkie jego lufy. W tym samym czasie ktoś podniósł alarm torpedowy. Niszczyciel wypluł z siebie cztery torpedy, które goniły nasz kurs. Padł sygnał do zwrotu. Próbowaliśmy uniknąć i strzału z pancernika, i goniących nas torped. Pancernik był już tak blisko, że można było przeczytać na jego dziobie dumną banderę „Fuso”. Wystrzelił. Połowa pocisków trafiła w nasz okręt, druga połowa sięgnęła aż do niszczyciela, szykującego drugą salwę torped tuż za naszymi plecami. Nieprzyjacielskie strzały rozdarły naszą prawą burtę, spowodowały eksplozję amunicji na dziobie, zawaliły cytadelę, spowodowały zalanie maszynowni. To był koniec. Wdziałem tylko jak „Fuso” próbuje uniknąć z nami kolizji poprzez wykonanie zwrotu w lewo. Jakież to było patowe zrządzenie losu, jakaż to była ironia, że nadział się na wszystkie torpedy przeznaczone dla nas. Poszedł na dno prawie tak samo szybko jak „Cleveland”. Mnie ostatnia eksplozja wyrzuciła do wody, gdzie uczepiłem się fragmentu jednej z naszych szalup. Widziałem jeszcze dryfując płonący niszczyciel wysyłający race wołające o pomoc. Cała wrzawa ucichła bardzo szybko. Mnie fale wyrzuciły na jedną z wysepek. Tak ja resztę śmieci z tonących kolosów, wśród których znalazłem ołówek, trochę papieru i trochę rumu. Przynajmniej umrę wesoły. Do jednej z butelek wrzucam to, co udało mi się spisać na tych kilku kartkach papieru. Mam nadzieję, że kiedyś to przeczytacie i wspomnicie jedynego ocalałego z wielkiej bitwy morskiej. Ahoj! mam nadzieję, że się spodoba! Pozdrawiam!
×